Bajki


"W świecie bajek wszystko może się zdarzyć".
        /Anna Bojanowska/
…fragment bajki... pt.: „Jak pingwinek Beniaminek został bohaterem”.
Sopelek, Fisia i inni...
 „Bałwanek stał bez ruchu i zupełnie nie reagował na zaczepki Beniaminka. Drobny śnieg prószył na jego dziurawy kapelusz, jakby chciał zasypać mu całą głowę. Nos miał długi, w modnym marchewkowym kolorze. Guziki pozapinane pod samą brodę, tak jak na eleganta przystało, nie zmuszały go do noszenia szalika. Oczka czarne, dwa węgielki, obserwowały wszystko to, co się dookoła niego działo. Poza niemodnym kapeluszem bałwanek wyglądał całkiem, całkiem i dyskretnie się uśmiechał.
 Beniaminek zbliżył się do bałwanka i grzecznie się przywitał.
 – Cześć! Pamiętasz mnie?
 Bałwanek milczał jak zaklęty i w ogóle nie odpowiedział.
 – Jesteś głuchy? Przyjechałem cię przeprosić. Słyszysz? – w końcu szturchnął bałwanka w bok. – Wiem, że moje wczorajsze zachowanie było nieznośnie. To nie była twoja wina, że zaryłem nosem w śnieg, wywijając fikołka. Mam nadzieję, że się nie gniewasz? – Beniaminek powiedział jednym tchem. – Słuchaj, może byśmy się zaprzyjaźnili i przestali obrażać na siebie? – zaproponował. – Co ty na to? Widzę, że stoisz tu sam jak palec i na pewno jest ci czasem smutno. Mógłbym codziennie do ciebie wpadać, tak w odwiedziny, rozumiesz? W ogóle to jesteśmy do siebie podobni, zauważyłeś? Ty jesteś biały jak mleko i ja też jestem biały jak mleko, chi, chi! – zachichotał. – Lecz w jednym musisz mi przyznać rację – ciągnął swój długi chaotyczny monolog. – Ten twój kapelusz, mój drogi, to nie najnowszy model, co? Same w nim dziury! Nie jest ci czasem zimno w głowę, gdy wieje wiatr?
 Bałwanek stał sztywno i ani drgnął. Nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
 – Hmm... – Beniaminek zamamrotał jak stary zrzęda. – Co mam z tobą zrobić, abyś się odezwał?
 Podrapał się po czuprynce, wyprężył brzuszek do przodu i zaczął maszerować, niczym żołnierz na warcie, to w prawo, to w lewo. Myślał i myślał, i nic sensownego mu do głowy nie przychodziło. Ta sytuacja zaczęła go ogromnie irytować.
 – Ej, ważniaku! – fuknął w stronę bałwanka. – Musimy coś sobie wyjaśnić. Posłuchaj mnie uważnie, bo nie lubię się powtarzać. Wstałem rano, zjadłem śniadanie i przyjechałem do ciebie najszybciej, jak potrafiłem. Chciałem cię przeprosić. Przeprosiłem. A ty nie chcesz ze mną zamienić ani jednego słowa?
 Wówczas stało się coś dziwnego. Delikatny podmuch wiatru podniósł do góry denko kapelusza bałwanka i zrobił w nim wielką na wylot dziurę. Bałwanek rozpromienił się tak olśniewająco, że wyglądało to na przesłanie uśmiechu od ucha do ucha.
 – Wreszcie się mną zainteresowałeś – Beniaminek na uśmiech zareagował natychmiast. – Twój pozytywny wyraz twarzy jest teraz w porządku. Przypomina mi w słońcu jasną śniegową poświatę, więc proszę, uśmiechaj się częściej. A skoro mamy zostać przyjaciółmi, to muszę cię jakoś nazwać. Prawda?
 Wymyślanie imion nie było łatwym zadaniem. By lepiej mógł się nad tym skupić, Beniaminek wdrapał się na wysoką zaspę śniegu. Usiadł wygodnie na jej szczycie i zaczął kombinować.
 – Hm, yyy... – mamrotał, wyliczając: – Frycek, Icek, Mycek. Nie, nie, nie pasuje – stwierdził. Medytował długo, aż w końcu zsunął się z zaspy, podskoczył kilka razy do góry i wydobył z siebie triumfujący okrzyk swojego genialnego odkrycia.
 – Sopelek! To jest imię w sam raz dla kogoś takiego jak ty. Od tej chwili będę nazywać cię „Sopelkiem”. Kiedy tak stał zwrócony w stronę Sopelka, niespodziewanie do jego uszu dobiegł piskliwy, delikatny głosik.
 – Cześć! Co ty tu robisz?
 – Ojej, ojejej, czy ja przypadkiem się nie przesłyszałem? Mówiłeś coś do mnie, Sopelku?
 Tymczasem Sopelek cały czas stał w milczeniu niczym nieruchomy głaz i jak zawsze był wpatrzony w jeden, ten sam punkt. Delikatny głosik zaczepiał go dalej:
 – Jestem Fisia. A ty jak masz na imię?
 Beniaminek wreszcie oprzytomniał, spojrzał przed siebie i zobaczył małą, zabawną foczkę, wyłaniającą się zza Sopelka. Wyglądała uroczo ze swoim półuśmieszkiem i długimi, trzepoczącymi rzęsami.
 – Eee... yyy... przepraszam, ale cię nie yyy... zauważyłem – próbował tłumaczyć się, jąkając.
 Sytuacja była niezręczna. Beniaminek wystraszył się i chciał jakoś z tego wybrnąć. Miał obawy, że Fisia mogła słyszeć całą rozmowę z Sopelkiem i teraz może się z niego naśmiewać, że mówił do bałwana. Zręcznie więc zmienił temat.
 – Czy możesz powtórzyć jeszcze raz swoje imię? – zapytał ponownie. – Niedosłyszałem.
 Fisia patrzyła z zaciekawieniem na jąkającego i plączącego się w słowach kolegę. Po raz drugi powtórzyła swoje imię, lecz tym razem wypowiedziała je o wiele głośniej.
 Beniaminek nie był dłużny i też przedstawił się grzecznie, już bez żadnego jąkania.
 – Ja jestem Beniaminek. Niektórzy zwracają się do mnie bardziej zdrobniale i zwą Beniem lub Beńkiem, jak kto woli. Nie obrażam się za to.
 – Ładnie cię nazywają – Fisia chwaląc imię kolegi, zatrzepotała rzęsami. – Wiesz, że znam twojego tatę? – dodała. – Jest bardzo dzielny, odważny i zawsze można na niego liczyć. Tak o nim mówią wszyscy mieszkańcy Lodowego Zakątka.
 – Zaraz, zaraz, czy ty czasem nie jesteś tą foczką, którą mój tato uratował z tarapatów? – Beniaminek wlepił wzrok w Fisię i uważnie jej się przyglądał.
 – Zgadłeś. To ja nią jestem. Gdyby pan Boston nie pojawił się wówczas na morzu i nie wyciągnął mnie z rybackiej sieci, źle bym skończyła. Pan Boston to prawdziwy bohater.
 – O rety, spadające kotlety! – Beniaminek często używał swojego ulubionego powiedzonka. – Ale świat jest mały – stwierdził zadziwiony. – Ja też będę taki jak mój tata, przekonasz się – przy tych słowach napuszył swoje piórka jak paw i odleciał w marzenia.
 Rozmowa z foczką Fisią od razu przypomniała mu o tacie Bostonie. Poczuł za nim ogromną tęsknotę i bardzo chciał go zobaczyć
 – Gdzie jesteś, tatku? – westchnął ciężko i spojrzał na rozciągający się przed oczami horyzont.
 Przez jakiś czas stał nieruchomo i zastanawiał się nad czymś tak intensywnie, jakby poza nim nie było nikogo obok.
 Fisia niecierpliwe poruszyła płetwą ogona i przerywała niezręczną ciszę.
 – Lubisz rzucać się śnieżynkami? – zapytała.
 – Oo, ktoś coś do mnie mówił? – Beniaminek wyglądał jak wyrwany ze snu.
 – Błądzisz gdzieś daleko myślami i zupełnie nie słuchasz, co się do ciebie mówi. Pytałam, czy lubisz rzucać się śnieżynkami? – Fisia powtórzyła piskliwym głosikiem.
 – Ach, śnieżynki – Beniaminek załapał. – Oczywiście, to moja ulubiona zabawa. Jak zechcesz, jutro możemy się spotkać i urządzić sobie zawody sportowe. Ulepimy mnóstwo kulek, a potem będziemy rzucać nimi do kosza i czuję, że może być fajnie.
 – Bardzo chętnie – zgoda Fisi była natychmiastowa. Jednak szybko pojawiły się wątpliwości. – Nie uważasz, że jest nas trochę za mało do tej zabawy?
 – Hm, o tym nie pomyślałem – Beniaminek posmutniał. – Niezła ze mnie gapa.
 – Zaraz, zaraz, poczekaj, jeszcze nic straconego. Słuchaj, wpadłam na genialny pomysł. Poproszę mojego kolegę, Gacka, by do nas jutro dołączył. On na pewno się zgodzi. Odjazdowy z niego kumpel. I lubi sportowe rozgrywki na śniegu.
 – Świetnie to Fisiu wykombinowałaś. Teraz będzie trójka graczy, to już coś.
 Gacek był niedźwiadkiem i mieszkał po drugiej stronie rzeki wraz z babcią Pelasią. Jego mały, przytulny domek graniczył z domkiem foczki Fisi. Znali się od lat i byli dobrymi sąsiadami. Nawet razem chodzili do przedszkola, które nosiło nazwę Wesołe Tuptusie Malusie i uczęszczały do niego wszystkie maluchy z Lodowego Zakątka. Beniaminek nie miał wcześniej okazji poznać Fisi ani Gacka, bo do przedszkola nie chodził. I wcale nie był szczęśliwy z tego powodu. Rodzice obawiali się, że nikt nie zaakceptuje wyglądu Beniaminka, więc trzymali go pod przysłowiowym „kloszem”. Uważali, że tak będzie lepiej. Chcieli zaoszczędzić mu wszelkich przykrości i łez. Jednak z chwilą poznania Fisi wszystko się zmieniło. Fisia w ogóle nie miała zamiaru wyśmiewać się z pingwinka Beniaminka, który w końcu zrozumiał, czym jest prawdziwa przyjaźń.
 – Fajnie, że cię Fisiu poznałem – Beniaminek wyznał z radością. – Nareszcie mam koleżankę, z którą nie będę się nudzić. Zabawy na śniegu są genialne, a my je lubimy, prawda?
 Fisia od razu zareagowała na słowa Beniaminka. Zatrzepotała zalotnie rzęsami, jak to było w jej stylu, i rzekła:
 – Też się cieszę z naszej znajomości. To wielki zaszczyt móc poznać syna pana Bostona, który tak jak jego tato chce zostać bohaterem. Zaimponowałeś mi, Beniaminku, masz ambitne marzenie – stwierdziła. A teraz przepraszam, ale muszę zmykać do domu. Jak nie wrócę na czas, to mama będzie się zamartwiać.
 – W porządku, Fisiu, rozumiem. Nie będę cię dłużej zatrzymywać. Powiedz tylko, czy nasze spotkanie jest aktualne?
 – Oczywiście! Czekaj jutro na mnie i na Gacka w tym samym miejscu, co dzisiaj.
 – Aha, dobrze – Beniaminek przytaknął na znak, że wszystko jest dla niego jasne.
 Potem założył łyżwy i pomknął przed siebie jak błyskawica, nucąc jedną ze swoich ulubionych piosenek.
 Przyjaciół warto mieć, w przyjaźni warto trwać!
 Przyjaźń skarbem jest, na zły i doby czas!

 Zniecierpliwiona mama Kika czekała w domu z obiadem.
 – Nareszcie jesteś – powiedziała na widok Beniaminka, wchodzącego do kuchni. – Ciągle gdzieś gonisz, gnasz, a ja nie wiem, dokąd i kiedy wrócisz. Pewnie zgłodniałeś, co? – zapytała z troską, jak to mama.
 W całej kuchni rozchodził się zapach pieczonej ryby, lecz Beniaminek nie czuł głodu. Wydarzyło się dzisiaj tyle niezwykłych rzeczy... Trudno było skupiać się na jedzeniu. Myśli uciekały mu wciąż na ślizgawkę, do Sopelka i Fisi. Ledwo co wrócił do domu, a już kombinował jak rozegrać jutrzejsze zawody sportowe i zostać zwycięzcą.
 Zjadłbyś ten obiad, bo ci wystygnie – mama Kika spojrzała na talerz, stojący przed Beniaminkiem i zrobiła kapryśną minę. – Tak bardzo się starałam, żeby ci smakowało, było odżywcze i dobrze przyprawione. A ty, co? Grzebiesz i dzióbiesz w talerzu jak kura pazurem. Nie lubisz ryby?
 Beniaminek nie zamierzał sprawiać mamie przykrości. Przestał rozmyślać o tym, co będzie jutro i powrócił do jedzenia.
 Po obiedzie mama Kika miała ogromną ochotę poczytać książkę. Dostała ją w prezencie od męża Bostona. Twarda okładka już na samym wstępie przyciągała tajemniczym tytułem: Ogród nadziei. Była w stonowanej zieleni i przypominała zapach wiosennych, świeżych kwiatów na łące. Książka otworzyła się na stronie, gdzie włożona była piękna zakładka robiona ręcznie szydełkiem. Koronkowa zakładka przypominała o tym, żeby nie niszczyć książek poprzez zaginanie rogów. Kartki szeleściły podczas przewracania na drugą stronę i pachniały farbą drukarską, a to robiło wrażenie.
 – Co za książka, co za akacja – mama Kika zaczytana w powieści nie mogła oderwać od kartek wzroku. – Uwielbiam takie książki – szepnęła, poprawiając spadające z nosa okulary.
 W tym czasie Beniaminek nudził się strasznie i nie miał co ze sobą zrobić. Kręcił się po pokoju, z miejsca na miejsce, co chwilę chrząkając.
 – Mamo, czy możemy porozmawiać? – zapytał nieśmiało, ucinając milczenie.
 Mama Kika spojrzała na niego zza okularów i po namyśle przerwała czytanie. Odłożyła książkę na stolik i gotowa do słuchania, zaczęła rozmowę.
 – Usiądź, proszę – wskazała miejsce tuż obok. – O czym dzisiaj porozmawiamy, mój synu? Może mi powiesz, gdzie byłeś i co robiłeś? A może wydarzyło się coś wyjątkowego? Proszę, mów, słucham – zachęciła.
 Widząc lepszy humor mamy, Beniaminek ożywił się i siadając na kanapie, puścił wodze fantazji. Mówił o wielu rzeczach, czasem się uśmiechał, gestykulował i rysował na kartce papieru jakiś zaszyfrowany plan działania. W końcu przeszedł do konkretów.
 – Jestem taki szczęśliwy – powiedział. – Naprawiłem swój błąd i przeprosiłem Sopelka. Pojechałem do niego specjalnie rano.
 – Kim jest Sopelek? Wtajemniczysz mnie w swój świat?
 Beniaminek nie miał żadnych oporów”. […]
Bajka pt.: „Jak pingwinek Beniaminek został bohaterem”.
Wyd. Św. Macieja Apostoła
"BAJECZKI ZE ZWIERZĘCEJ TECZKI"
Wydawnictwo KryWaj
Ilustracje: Marzena Danisiewicz
Biorąc do ręki książeczkę, dzieci poznają:
Bananowy świat małpki Fifi,
Historię niedźwiadka Tarantina,
a także obok żółwia Franka
wezmą udział w niezwykłym wyścigu.
Bananowy świat małpki Fifi
Była sobie małpka Fifi
co lubiła jeść banany
i te żółte specjały,
zajadała przez dzień cały.


Rano krem był na śniadanie,
oczywiście bananowy,
w obiad „Zupa na bananie”
plus dodatek karmelowy.


Na kolację trzy banany,
ale w skórce, do obrania.
Fifi z tego była znana,
że czy bawiąc się czy śpiąc
wciąż wołała:
"Gdzie mój banan?!"


Rozwiń całość
Niedźwiedź Tarantino
Tata – niedźwiedź Tarantino,
ze swoją liczną rodziną,
mieszkał w domku pod Tatrami
i pracował nad pszczołami.


Miał w pasiece dziesięć uli,
z których zbierał raz do roku
beczkę miodu lipowego,
by lekarstwo zrobić z niego.


Bo gdy przyjdzie zima, mrozy,
gardło spuchnie i zaboli,
wówczas miodek z letnich zbirów
misie będą jeść do woli.




Rozwiń całość
Kontakt: Anna Bojanowska
E-mail: bojanowska.ania@gmail.com
 Statystyki